Dom był w gorszym stanie, niż sobie wyobrażałem. Farba łuszczyła się płatami. Rynny były źle przymocowane. Balustrada na ganku była kompletnie spróchniała. Była w opłakanym stanie od ponad roku i nikt nie potrafił jej utrzymać.
Przynajmniej tak myślałem.
Pierwszej nocy zasnąłem na jego sofie, otoczony pudłami. Obudziłem się o 4 rano, słysząc odgłos czegoś drapiącego o zewnętrzną ścianę.
Spojrzałem przez okno i serce mi prawie stanęło.
Wzdłuż ulicy stały zaparkowane motocykle. Co najmniej dziewięć. A mężczyźni stali na drabinach. Na ganku. Wzdłuż boku domu. W ciemności. Z lampami roboczymi przymocowanymi do kozłów.
