Malowali dom mojej matki. Na różowo.
Ani łososiowy, ani brudnoróżowy. Jasny, wyrazisty, jednoznaczny róż.
Chwyciłem telefon i prawie zadzwoniłem pod 911. Wtedy jeden z nich zauważył mnie przy oknie. Wielki facet. Z siwą brodą. Z wałkiem malarskim w ręku.
Nie uciekł. Po prostu skinął mi głową i wrócił do malowania.
Wyszłam w piżamie. Boso. Trzęsąc się z zimna.
„Co robisz?” zapytałem.
