Następnego ranka wróciłam do szpitala. Wyglądała na taką malutką, taką kruchą. „Nie musisz zostawać” – wyszeptała. „Wiem, że mnie nienawidzisz”. Nie odpowiedziałam. Po prostu ją przytuliłam. Najpierw zamarła, a potem padła na ziemię, szlochając jak mała dziewczynka, która kiedyś do mnie przyszła, dręczona koszmarami.
Przebaczenie nie nastąpiło natychmiast. To był wybór. Postanowiłam nie pozwolić, by egoizm jednego człowieka zniszczył dwie siostry.
Kiedy wypisano ją ze szpitala, zabrałam ją do domu. Dzieci były zrozpaczone, ale dzieci są bardziej wrażliwe niż dorośli. Stopniowo znów stała się „ciocią”: czytała dzieciom bajki przed snem, zaplatała im warkocze i dopingowała na meczach piłki nożnej. Nigdy o nic nie prosiła. Po prostu pomagała.
