Cisza domu, wypełniago rytmem życia, jest ciężka, dusząca. Po śmierci męża Marcusa, pokoje naszego domu zdawały się rozszerzać, ujawniając się w pozbawienie żalu galerie, w których tracę orientację. Tykanie zegara przyspieszało, cienie wydłużały się, a samo dbanie o siebie, które się stało, nie zostało pokonane. Dryfowałam bez żadnego punktu zaczepienia, aż do pierwszego piątego poranka, kiedy zadzwoniek do drzwi.
Pani Alden mieszkała w małym, szarym domu po drugiej stronie podwórza. Znałam ją tylko z grzecznościowych powitań i kilka słów o pogodzie. była regularna bywalcem okolicy, tak niewzruszona i skromna jak wiekowe dęby rozkładu naszej ulicy. W ten pierwszy piątek na wyjściach z ceramiczną wazą w dłoni, a para unosiła się w rześkim jesiennym powietrzu. Nie prawiła mi komplementów ani nie pytała, jak się pojawia – pytania, które są trwałe dla mnie zagadką. Po prostu podano mi wazę i przekazałem: „Dzisiaj nadzoruje kontrolęa”.
